Opublikowano: piątek, 30, marzec 2012

 

 

„Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła .”

Wisława Szymborska

Książki warte przeczytania nagrodzone nagrodą literacką Nike:

Nagroda literacka Nike – prestiżowe polskie wyróżnienie dla najlepszej polskiej książki roku. Przyznawana jest corocznie od roku 1997 przez Fundację tej nagrody.

Zadaniem jest promocja literatury polskiej, szczególnie powieści. Konkurs dotyczy wyłącznie autorów żyjących. Nagrody nie można podzielić ani nie przyznać. Wykluczone z konkursu są opracowania oraz prace zbiorowe.

Zwycięzca wyłaniany jest w trzyetapowym konkursie. Pierwszy etap to przyznanie przez jury 20 nominacji, następnie wybór siedmiu finalistów i z tej grupy wyłaniany jest zwycięzca. Wybór laureata Nike dokonywany jest przez jury na posiedzeniu w dniu wręczenia nagrody.

Autor nagrodzonej książki otrzymuje statuetkę NIKE dłuta Gustawa Zemły oraz nagrodę pieniężną, w 2006 r. wynoszącą 100 000 złotych. Fundatorami Nagrody są Gazeta Wyborcza i Fundacja Agory.

Zdobywcy nagrody

Zdobywcy Nagrody Nike czytelników

Najczęściej nominowani

RECENZJE KSIĄŻEK

"Pióropusz" Mariana Pilota

Znakomita powieść autora cenionego za twórcze łączenie prozy „nurtu chłopskiego” z tradycją gombrowiczowską.

Historia dotyczy powojennego dzieciństwa zadziornego bohatera pochodzącego z rodziny wiejskich „biedniaków” i złodziei. Niepiśmienny ojciec za eksces z nauczycielem oraz kradzież i zniszczenie tablicy szkolnej zostaje – jako wróg ludu – zamknięty do stalinowskiego więzienia. Chłopiec i jego matka dochodzą sprawiedliwości. Paradoksalnie, konieczność pisania podań w tej sprawie rodzi w bohaterze kult słowa pisanego. Symboliczny dar od ojca – kradzione pióro ze złotą stalówką – przesądza o jego dalszych losach.

Tadeusz Słobodzianek, "Nasza klasa"

Nasza klasa - historia dziesięciu uczniów z jednej klasy - Polaków i Żydów - opowiedziana od roku 1925 aż po współczesność. Koleżanki i koledzy wspólnie bawią się i śpiewają. Wraz z nadejściem dorosłości zgodne zabawy się kończą. Wybucha wojna, do miasteczka wkracza najpierw radzieckie, a potem niemieckie wojsko. Antysemityzm wybucha w serii gwałtów, morderstw, tortur i kulminuje w masowym pogromie. Niemal wszyscy miejscowi Żydzi giną spaleni w stodole albo zamordowani na rynku. Nielicznym udaje się cudem przeżyć. Przemoc nie ustępuje wraz z zakończeniem wojny. Zaczyna się rozliczanie przeszłości, której tak naprawdę rozliczyć się nie da. Nasza klasa to wstrząsająca opowieść o skomplikowanych relacjach polsko-żydowskich w XX wieku, o zbiorowej winie, o prawdzie, która okazuje się nikomu niepotrzebna, oraz o historii, której nie da się osądzić, odtworzyć ani nawet wytłumaczyć.


Piosenka o zależnościach i uzależnieniach – Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki



Rzadko sięgam po poezję. Formę literacką, która jest dla mnie najbardziej osobistą, intymną czy wręcz ekshibicjonistyczną w wyrażaniu siebie. Swoich myśli, uczuć, emocji, wrażeń. Ale są takie chwile jak ta, teraz, obecnie, kiedy w żałobnym wyciszeniu po śmierci Prezydenta mojego kraju, jestem w stanie współodczuwać z poetą. I chociaż nasz ból jest różny i ma różne przyczyny, to jednak jest to ta sama płaszczyzna empatii. Bo wiersze Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego są przepełnione bólem widzianym oczyma otwartymi na siebie. Ten ból czułam nie tylko w jego wierszach, ale i w głosie. Przygaszonym, kameralnym, na granicy szeptu, kiedy wsłuchiwałam się w jego wypowiedź w jakimś programie telewizyjnym. Jakby mówił tylko do mnie: o matce alkoholiczce umierającej w pokoju obok, o przemijaniu życia utrwalonego w nekrologach, o swoim zmaganiu z natchnieniem doprowadzającym do szaleństwa lub Boga, o dzieciństwie z nocnym moczeniem, o schizofrenii jak dwa wściekłe psy, o piętnie bycia poetą, do którego mówią: ty butu zboczony każdy poeta jest zbokiem pisząc wiersze z Bogiem i mimo Boga.
Taka poezja nasycona taką treścią byłaby jak kamień, który unieszczęśliwia świat. Mój świat. W innych okolicznościach. Ale teraz... jestem w stanie zrozumieć frazy, dlaczego współczesna poezja polska to nekrologi i dlaczego istotą poezji jest nie tyle zasadność co bezsilność napomknień i powtórzeń.
Dzisiaj to czas, kiedy czytam wraz z rodakami, w jednym bólu, polską poezję współczesną nie zdając sobie z tego sprawy, szepcząc bezsilność powtórzeń w milionach zaskoczonych ust: tragiczna katastrofa, niewyobrażalna tragedia i odczytując od nowa, wciąż od nowa, w bezsilności powtórzeń z płonną nadzieją na zrozumienie, nekrologi zmarłych...

Olga Tokarczuk Bieguni

Bieguni to książka odważna, w której Olga Tokarczuk opowiada o sobie i o swoim widzeniu świata.
Bieguni - rosyjska sekta z XVIII wieku, której członkowie uważali, że świat jest dziełem szatana. Szatana, który ma do nas najlepszy dostęp, gdy zatrzymujemy się w jednym miejscu na dłużej. Tokarczuk pisze, że spotkała współczesnych biegunów, którzy przez cały czas przemieszczają się metrem po Moskwie.
Osią niezwykłego tekstu nie jest żadna postać ani historia, lecz fenomen kulturowy: podróżowanie. Skąd bierze się ludzka ruchliwość, potrzeba przemieszczania się? Czy wszyscy jesteśmy Nomadami, dla których przemierzanie przestrzeni to sens życia? Autorka opisuje świat współczesnych permanentnych podróżników, którzy mają swoje charakterystyczne kosmetyki podróżne (miniaturowe szamponiki, składane szczoteczki do zębów, jednorazowe kapcie), swoje choroby związane ze zmianami czasu i własny język. Wizyta w tym świecie - za sprawą mistrzowskiego pióra autorki - nikogo nie pozostawi obojętnym.

Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski


Będąc małą dziewczynką, jeszcze bez prawa głosu w dyskusji dorosłych, uwielbiałam te chwile, kiedy do domu przychodził ktoś z zewnątrz, najlepiej zupełnie obcy człowiek, bo też i zupełnie nowe historie ze sobą przynosił. Wsłuchiwałam się w nie z niesamowitą wręcz chciwością dziecka ciekawego świata, mając za nic czasami ich grozę, bo czując za sobą domowe bezpieczeństwo. Ta książka przywołała te dawne, przyjemne i ekscytujące wspomnienia.
Do drzwi głównego bohatera zapukał młody mężczyzna z chęcią kupna fasoli. Była, ale należało ją wyłuskać. Zajęcie takie jak darcie pierza, wspólne haftowanie czy dawniej przędzenie wełny, jest wręcz wymarzone do snucia opowieści. Przysiadłam się więc do tych dwóch mężczyzn i z dziecięcą ciekawością otwierającą szeroko oczy i uchylającą buzię, zanurzyłam się w obrazy kreślone bardziej w monologu starszego mężczyzny niż w dyskusji obu. I tylko doświadczenie człowieka dorosłego, pozwoliło mi się w nich odnaleźć, rozwinąć obrazy sugerowane, dopowiedzieć przemilczane, od czasu do czasu pokiwać głową i powiedzieć w duchu: tak, tak, tak było, tak to czuję, dobrze to rozumiem.
Utonęłam w opowieści jak życie ludzkie, mniej czy więcej potrzaskane, często i rozrzucone.
Opowieści niespiesznej, powolnej, sięgającej najdalszych zakątków pamięci, która jest jak studnia, im głębiej tym ciemniej.
Opowieści pełnej dygresji, wtrąceń, zaskakujących zwrotów i nawrotów do rozpoczętych wątków, bez chronologii, z której wyskakiwały historie ludzkie jak ziarna fasoli wyłuskiwanej ze strąków, z łańcucha najprzeróżniejszych zdarzeń. Przytrzymane w ręku dla dokładniejszego przyjrzenia się im, dla zatrzymania się nad jedną sytuacją, nad jednym przedmiotem czy nad jednym ludzkim zachowaniem. A każde zdarzenie wywoływało następne, a każda postać zaraz prowadzi do innego znajomego, tamten do jeszcze innego, ten znów do innego.
Opowieści do ostatniego ziarna fasoli, do odnalezienia swojego miejsca w sobie, do szarej godziny, do wzywających obowiązków, do senności, do ostatniej kartki, do zamknięcia książki...